Pokazywanie postów oznaczonych etykietą retrokryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą retrokryminał. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 marca 2016

„Czarny mercedes”, czyli rozerotyzowane śledztwo w wojennej Warszawie





Janusza Majewskiego przestawiać nie trzeba. Tak myślałam, ale zajrzałam na Lubimy czytać i już wiem, że owszem, zawsze znajdzie się ktoś, komu trzeba przedstawiać autora ;). Jest więc Janusz Majewski przede wszystkim reżyserem, scenarzystą i pisarzem, od kilku dziesięcioleci ważną postacią polskiej kultury. Dlatego do jego książki podeszłam z większymi niż zwykle oczekiwaniami (czytałam już m.in. Małą maturę), ale i z pewnym kredytem zaufania (z dokładnie tego samego powodu).

Fabuła toczy się w wojennej Warszawie, a później przenosimy się do Lwowa. Wątek kryminalny toczy się wokół śmierci młodej kobiety – żony bogatego prawnika i byłej kochanki młodego członka konspiracji. Śledztwo prowadzi Rafał Król – granatowy policjant, który ma kontakty z podziemiem.

„Czarny mercedes” trochę zawiódł, a trochę pozytywnie zaskoczył. Zawiódł w tym sensie, że jako kryminał książka broni się średnio. Nadkomisarz Rafał Król jest dość standardową postacią, z typową ciężką przeszłością i trudnym charakterem policyjnych detektywów. Intryga jest wątła, a kto w swym życiu przeczytał choć sto kryminałów, ten po pięćdziesięciu stronach będzie wiedział, jak się rzecz skończy. Na polskim rynku jest coraz więcej dobrych powieści tego typu, także w wydaniu retro, więc poprzeczka jest wysoko, a jedyny element zaskoczenia przeżywamy, gdy dociera do nas, że jest dokładnie tak, jak się spodziewaliśmy. I na nic ta iskierka nadziei, że może jednak nie, która od czasu do czasu się tli… nie, czytelniku, zabił dokładnie ten, kto miał zabić.

Może lepiej więc byłoby promować rzecz jako powieść obyczajową z wątkiem kryminalnym? Wtedy kryminałożercy nie będą zawiedzeni, a i czytelnicy, którzy z zasady nie zdejmują nawet z księgarnianych półek kryminałów, na”obyczaj” może się skuszą. To taka uwaga związana z tym, że wydawnictwo przedstawia Czarnego mercedesa jako pierwszą część cyklu.

Widać za to w tej powieści dbałość o realia i piękno języka, co jest stałą cechą twórczości Majewskiego. Pod tym względem ta proza jest mistrzowska i choć autor eksploatuje trochę swoje stałe ulubione figury (gimnazjalista na progu dojrzałości, inicjacja, małe perwersje i duże zboczenia, niezwykle rozbuchane erotycznie damy), to wybaczyć mu to można, bo to po prostu, opisane z wdziękiem, dobrze się czyta.



Jak zwykle świetne są też postaci drugoplanowe, a nawet zupełnie epizodyczne. Cudny na przykład jest hrabia-erotoman podglądający sąsiadki, niby obleśny a uroczy, lub na przykład lwowski zakonnik, który wie wszystko na każdy temat. Majewski pięknie tworzy takie małe-duże postaci.

Czytać? Czytać, jeśli lubicie takie retroklimaty i jeśli powodują Wami przy wyborze lektury także względy estetyczne – Wydawnictwo Marginesy zacnie redaguje i tworzy świetną i rozpoznawalną szatę graficzną. Na kryminał więc się nie nastawiajcie, ale na dobrą lekturę – owszem.




piątek, 5 lutego 2016

Autoportret z wątpliwościami. Krzysztof Beśka, "Autoportret z samowarem"

Jest w Polsce kilkunastu przynajmniej pisarzy zbyt mało docenionych. I tak jak twórcy poezji awangardowej lub powieści o dwudziestu punktach narracyjnych mogą sobie wmawiać, że potomność (albo przynajmniej koleżeństwo z pisma literackiego) ich doceni, tak twórcy dobrej literatury popularnej raczej się pocieszać nie mogą, gdy są zbyt mało popularni. Przecież nie po to piszesz dobry kryminał, by za pięćdziesiąt lat poświęcił ci uwagę chudy doktorant szukający tematu na monografię. Docenić i polubić powinni cię czytelnicy. Teraz. Już.

Takim za mało znanym i za mało docenianym pisarzem jest moim zdaniem Krzysztof Beśka. Pochłonęłam trzecią jego powieść (po dwóch „łódzkich” kryminałach) i uważam, że jest to bardzo sprawny rzemieślnik, znacznie lepszy od przynajmniej kilku „kryminalistów”, których ostatnio czytałam (a styczeń upłynął pod znakiem Jodełki, Puzyńskiej i Guzowskiej – tylko ta ostatnia posługuje się dobrą polszczyzną, ale z kolei intryga kryminalna… jakby to… no, nie ma jej, choć nam ją obiecują). Beśka ma poczucie humoru, potrafi opowiadać historie i zgrabnie wplata różne smaczki „z epoki”. Nie sili się na „błysk poetyckiej metafory”, ale idę o zakład, że mógłby, gdyby chciał. Jest jednak świadomy warsztatu autora literatury popularnej i nie wkracza na takie grząskie obszary.



Teraz o samym „Autoportrecie z samowarem”. Tym razem Beśka nie pisze kryminału, a powieść obyczajową z wątkiem kryminalnym, której akcja toczy się tuż przed i na początku II wojny. Bohaterem jest maturzysta Antoni, który marzy o karierze aktora, ale najpierw musi zdać egzamin dojrzałości. Jak się jednak okazuje, są gorsze termina niż matura. Na przykład sytuacja, gdy twój ojciec trafia do więzienia, a ty musisz znaleźć sobie pracę i uciec przed tajemniczymi ludźmi, którzy najchętniej by cię zabili.

Sam Antoni jest niestety trochę irytującym, naiwnym młodzieńcem, któremu podejrzanie szybko „oddają się” (pozostajemy w konwencji) napotkane kobiety. Można nawet pomyśleć, że to raczej emanacja marzeń maturzysty, a nie uczciwe zwroty fabularne :). Bohater wędruje po Warszawie i Polsce, a my mamy szansę wraz z nim poznać na przykład przestępczy półświatek, trupę teatralną i nieprzyjemnych typów z ONR.

Wielką wartością powieści jest świetnie odmalowane tło historyczne. Dużo radości (ot, perwersja) sprawiły mi retrospekcje ukazujące rewolucję bolszewicką oraz postać artysty wzorowanego/stylizowanego/bliskiego Witkacemu. Kto czytał choćby listy Witkacego do żony, znajdzie tu szereg budzących erudycyjną satysfakcję odniesień. Kto nie czytał i niewiele wie o Witkacym, pozna po prostu interesującą postać literacką.

Podoba mi się też nienachalne i niewulgarne poczucie humoru autora. Dowodzi on na przykład, że można ze smakiem opisać dom publiczny, kończąc tę scenę naprawdę mistrzowskim nawiązaniem do starej prawdy o tym, że Polak i Węgier to dwa bratanki

A skąd moje tytułowe „wątpliwości”? Są ogólne, mam je od dawna, a ostatnia lektura tylko je pogłębiła. W Polsce rynek książki jest na tyle płytki, że ambitniejsza literatura popularna ma małe szanse przebicia. Z jednej strony różne Katarzyny Michalak, z drugiej literatura grantowa. W środku jest bardzo mało miejsca. A proza Beśki jest lepsza literacko niż wiele książek wydawanych pod hasłem „ambitny autor diagnozuje polską rzeczywistość” (jak choćby ostatni Twardoch, czyli jego profil facebookowy na papierze). Bierze się to pewnie z małej liczby wykształconych osób czytających dla przyjemności, a nie dla mody/szpanu/ambicji. Dostarcza się więc produkt bez redakcji i korekty dla rozmaitych „fanów” oraz knigi w twardych okładkach dla słuchaczy radiowej Dwójki. A niegłupio rozwija właśnie „środek” - gdy czyta się dobrze, czytelnik dowiaduje się czegoś o świecie, ale nie przeżywa ataków transcendencji.

Czyli apel na koniec: czytajcie książki Beśki, bo środek jest najważniejszy!


Krzysztof Beśka
"Autoportret z samowarem"




środa, 30 września 2015

Stylowa i niebezpieczna. "Kokainowy blues"

Phryne Fisher, przypadkowo obdarzona imieniem na cześć greckiej kurtyzany, to młoda kobieta o wielu talentach i doskonałym guście modowym. Pamięta biedę, a nawet głód, ale teraz jest nieprzyzwoicie wręcz bogata. Romansuje, eksperymentuje z używkami, doskonale tańczy. Użycia noża uczyła się od Apaczów, a jazdy samochodem od mistrzyni rajdowej.

Gdy to wszystko podsumujemy, wychodzi nam całkiem standardowa kobieta z lat dwudziestych ;). Albo, prawdę mówić, typ kobiety będący ideałem tych czasów. Samodzielna, pozbawiona uprzedzeń, szukająca wrażeń, jednym słowem, zupełnie inna od kobiet epoki edwardiańskiej, a już z pewnością – wiktoriańskiej. Phryne Fisher to postać tak zgodna z tym wizerunkiem, że aż budząca pewne wątpliwości. Oryginalna sprawa – być chodzącym duchem epoki, albo raczej dzisiejszych wyobrażeń na jej temat. Trochę to papierowe, prawda?

Ale na szczęście książka Kerry Greenwood nie budzi więcej tak fundamentalnych wątpliwości, bo jest uroczą i pełną wdzięku rozrywką kryminalną. Jeśli ktoś zna Phryne z serialu, który od czasu do czasu przemyka choćby po Ale kino, niech wie, że adaptacja, choć miła wizualnie, nie oddaje ducha ironii oraz dystansu towarzyszącego tej prozie. W serialu mamy ładne ubrania, ładnych ludzi i ładne zakończenia intryg kryminalnych, ale brak dowcipnej narracji, która jest siłą książki (przynajmniej tej pierwszej części przygód Phryne). Dlatego apeluję, by się serialowym przedstawieniem nie zniechęcać do panny Fisher! Zdecydowanie warto zawrzeć znajomość z tą młodą damą (acz już nie najmłodszą i nieprzesadnie przywiązaną do pewnych form).

Gdy ją poznajemy, rozwiązuje w ekspresowym tempie minizagadkę kryminalną. Ta bystrość umysłu budzi zainteresowanie szacownej angielskiej rodziny, która poszukuje inteligentnej młodej damy gotowej udać się do Australii. Chodzi im o to, by ktoś rozwiał albo potwierdził ich podejrzenia co do tego, że ich córka Lydia, mieszkająca w Melbourne, jest podtruwana przez męża lub wpadła w sidła narkotyków. Może to zrobić jedynie osoba o dobrych manierach i pochodzeniu, która bez trudu dostanie się w szeregi australijskiej elity. Phryne, znudzona swoją angielską egzystencją, przystaje na propozycję bez trudu i udaje się w podróż.

Okazuje się jednak, że Melbourne kryje znacznie więcej tajemnic i zagadek, niż można byłoby się spodziewać. Już sam wybór taksówki z portu do hotelu okazuje się znaczący dla  dalszego pobytu. Phryne poznaje taksówkarzy o komunistycznych ciągotach i wpada w wir intrygi związanej z nielegalnymi aborcjami. Kerry Greenwood pozwala nam przy okazji obserwować zarówno najniższe, jak i najwyższe sfery Melbourne lat dwudziestych. Ścieżki ich przedstawicieli spotykają się bowiem bardzo często...

Na pierwszym i drugim tle obserwujemy wiele ciekawych postaci, takich jak lekarka-sufrażystka, przedziwnej urody rosyjski tancerz, księżna chwilowo pełniąca funkcję stręczycielki, pokojówka planująca morderstwo... Nie są to może postaci pogłębione psychologicznie, ale jak jeden mąż bardzo barwne. Sama intryga kryminalna nie jest może wybitnie skonstruowana, ale jako osoba prawie-zawsze-domyślająca-się nie jestem dość obiektywna, by to ocenić. Jednak wszystkie części układanki na koniec tworzą jedną zgrabną całość, a nasza bohaterka uznaje, że praca detektywa to zajęcie właśnie dla niej. I znacznie łatwiej ją wykonywać w młodej, choć trochę prowincjonalnej, Australii niż w skostniałej Anglii.

Jeśli interesują Was lata dwudzieste i lubicie samodzielne kobiety traktujące mężczyzn przedmiotowo (a przynajmniej ich literackie przedstawienia;)), polecam Kokainowy blues oraz dalsze przygody panny Fisher, które już też zaczęłam poznawać. Miła i niegłupia rozrywka z lekkim przymrużeniem oka. Warto!




Kerry Greenwood
Kokainowy blues
Tłum. Zofia Uhrynowska-Hanasz
Wydawnictwo Albatros 2015

sobota, 26 września 2015

Miniony świat. Urok zła i depresja gangstera

Postanowiłam, że jak dorosnę, to zostanę gangsterem. To znaczy, w trakcie lektury Minionego świata postanowiłam kilka razy, że nim zostanę. A później, wraz z kolejnymi trupami, chęć mi przechodziła. I wracała znów. Dopiero po kilku godzinach od lektury ochłonęłam i dotarło do mnie, że dorosłam już dawno, a w dodatku obrałam trochę inną ścieżkę kariery.

Ten kołowrotek myślowy zapewnił mi Dennis Lehane, jeden z najbardziej ceniony autorów powieści kryminalnych. Amerykański pisarz wraca z dalszą częścią losów Josepha Coughlina, gangstera obdarzonego urokiem, traumami z dzieciństwa i pewną nadrefleksyjnością, która tym razem udziela się także większości pozostałych przestępców (kilku mogłoby zbiorowo wystąpić w „Depresji gangstera”, bo często rozmawiają o bezsensie egzystencji i swoich działań).

Akcja toczy się w czasie II wojny światowej, w Tampie na Florydzie. Z dalekiego świata dochodzą odgłosy walki mocarstw, ale mieszkańców bardziej interesują własne rozgrywki. W mieście istnieją dwie władze – oficjalna administracja oraz hierarchia gangsterska. Ale nie tyle ze sobą rywalizują, co raczej współpracują i przenikają się. Przez kilka lat panował spokój, co oznacza, że jedynie z rzadka ktoś ginął lub dostawał „ostrzeżenie”, by zmienić swoje postępowanie. Teraz jednak nadchodzi przesilenie i szykuje się zmiana na szczycie. Joe, który od kilku lat budował swoją pozycje w mieście, czuje się coraz bardziej zagrożony. I, jak to bywa w gangsterskim świecie, odkryć, kto jest jego prawdziwym wrogiem, a kto mimo wszystko przyjacielem.

Rozpamiętuje śmierć ukochanej żony i próbuje wychowywać sam bardzo bystrego i wrażliwego syna - Tomasa. Wychodzi to tym gorzej, że ukochana zginęła w wyniku porachunków gangsterskich, a syn zaczyna zauważać, że ojciec wykonuje zawód... powiedzmy, oryginalny. Czy można być dobrym ojcem będąc mordercą i oszustem? Joe próbuje, choć wie, że jeśli wychowa syna na dobrego człowieka, ten nie będzie chciał go znać. A wychować go na złego oczywiście nie chce.

Bohatera coraz bardziej uwiera to, jak pokierował swoim życiem. Tyle, że z takiej drogi nie ma odwrotu. Joe nie może zamieszkać w miłym domu na przedmieściu i znaleźć pracy w urzędzie czy szkole, bo przeszłość za każdym razem stanie się jego teraźniejszością. Są zobowiązania wobec przyjaciół i rachunki do spłacenia. Doskonale o tym wie. Ktoś w dodatku „ma zlecenie” na Coughlina, czyli chce go zabić. Joe musi się dowiedzieć, dlaczego i, przede wszystkim, kto chce go zabić. A potem postarać się go przechytrzyć i sprawić, by syn nie został sierotą.

Rozgrywkę obserwujemy z wielkim zainteresowaniem, bo jest w niej wszystko, co w tego typu literaturze ważne: brutalne zbrodnie, pościgi, kradzieże i szereg pomniejszych grzechów popełnianych przez bohaterów. U Lehane czytelnik nie ma pewności, czy wielki grzesznik nie ma czegoś ważnego na swoje usprawiedliwienie, a mały krętacz nie jest tak naprawdę demiurgiem, który rządzi tym światem. Do tego ważne jest tło wydarzeń: życie socjety i mieszkańców getta, opisy florydzkiej przyrody i małych smaczków historycznych. A wszystko to w proporcjach, które nie nużą czytelnika spragnionego przede wszystkim rozrywki i opisane w pełen wdzięku sposób. Lehane potrafi przedstawić strzelaninę z urokiem Jeziora łabędziego.

Z gangsterskimi historiami jest tak, że albo lubi się je bardzo, albo wcale. Większość kobiet raczej nie lubi, albo przynajmniej się do takich sympatii nie przyznaje. Można zapytać, co ciekawego jest w czytaniu o facetach, którzy strzelają do siebie, gonią nawzajem, uciekają, a w międzyczasie zastanawiają się nad sensem życia i tym, dlaczego rodzice ich nie kochali? Dobre pytanie. Ale Lehane opisuje to tak dobrze, że wierzymy w tę historię, a przede wszystkim – szczerze dopingujemy głównego bohatera. I lubimy go, choć Bogiem a prawdą nie jest wcale dużo lepszy od swojego otoczenia. Jego świat jest szary, a nie czarno-biały. W pewnym momencie akcji cokolwiek zrobi, będzie to zły wybór.

Jest coś niemoralnego, ale pociągającego w czytaniu tej powieści, trochę jak z używkami ;). Dlatego polecam, jeśli ktoś ma ochotę na kryminalną rozrywkę, w której czytelnik wcale nie chce, by dobro zostało nagrodzone, a zło ukarane. I w której trzymamy kciuki za złego bohatera w złym świecie.



Dennis Lehane, Miniony świat
Tłum. Maciejka Mazan
Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2015

czwartek, 24 września 2015

Smooth criminal, czyli co wspólnego ma Kwiatkowska z Jacksonem


Zbrodnia w szkarłacie Katarzyny Kwiatkowskiej zebrała już wiele blogowych recenzji, w większości pozytywnych. I słusznie, bo jest to retrokryminał w dobrym stylu. Jedno słowo wydaje się najwłaściwsze do opisu prozy autorki cyklu o przygodach detektywa amatora Jana Morawskiego i jego kamerdynera. Otóż jest ona stylowa właśnie.

Książka należy do kryminalnego cyklu, znanego już niektórym czytelnikom, ale obecnie lepiej promowanego przez inne wydawnictwo (ukłony dla Znaku)) i z większymi szansami na rynkowy sukces. Myślę jednak, że paradoksalnie część potencjalnych czytelników może zniechęcić/zdezorientować pozytywna opinia Marka Krajewskiego na pierwszej stronie okładki. Choć jest to autor znany i uznany, to jednak jego proza sytuuje się w zupełnie innych rejestrach stylistycznych, zapewniając czytelnikowi bardziej „krwawe” doznania. Kto szuka Krajewskiego w Kwiatkowskiej, niech szykuje się na srogi zawód. To jest zupełnie innego typu literatura, co nie oznacza wcale, że gorsza. Wręcz przeciwnie – ja wolę Kwiatkowską niż brutalizm, ocierający się czasem o groteskę, Krajewskiego. Na miłe popołudnie lepszy jest smooth criminal niż Wagner. Choć to oczywiście rzecz gustu.

W powieści Kwiatkowskiej, mimo szkarłatu w tytule, znacznie więcej jest śledztwa oraz pomniejszych intryg, niż straszliwych mordów. Fabuła snuje się dość wolno, ale w świecie przedstawionym, który opisuje Kwiatkowska, nie wypada, by było inaczej. W najgorszych nawet okolicznościach bohaterowie jedzą coś dobrego, a narrator bardzo przyjemnie to opisuje. Znajduje też autorka czas na aluzje literackie (niektóre zbyt może oczywiste, ale umówmy się, że kryminały czytają nie tylko poloniści ;)).

Intryga zawiązana jest wokół ślubu w wielkopolskim dworze Jeziory w roku 1900 i poszukiwań skarbu pozostawionego przez pomysłowego dziadka. Dokonać tego – jak wszyscy zakładają – ma oczywiście Jan. Poznajemy szereg interesujących i w większości pozytywnych postaci – właściciela dworu z obsesją unowocześniania i zmieniania produkcji rolnej, jego żonę, także z obsesją, ale wydania córki za mąż. Jest i sama córka, piękna Helena, wyjątkowo udana jak na dziecię ekscentrycznego stadła (no, trochę za bardzo: i piękna, i mądra, i wrażliwa, i patriotycznie nastawiona... Mary Sue powiatu poznańskiego po prostu). Jest też i była żona brata i jej anemiczna pasierbica oraz kilka innych, barwnie zarysowanych postaci.

Sam dwór jest w rozscypce, bo właściciele nie mają niestety talentów do gospodarzenia. Grozi im strata majątku, a przede wszystkim – odium zdrajców narodowego interesu, którzy przekazali polską ziemię w niemieckie ręce. Grozi im pan Józef Szulc, zniemczony Polak i spolszczony Niemiec w jednym. I ten właśnie bohater, ku początkowej uldze wielu osób, ginie...

Tu uwaga krytyczna. Historia nadmiernie niestety szeleści papierem w rozmowach bohaterów na temat sytuacji w zaborze pruskim i walki o polskość dworów oraz posiadłości. Czy naprawdę domyślnemu Janowi trzeba wszystko tłumaczyć? Nie zauważył biedak, że Prusacy z rozmysłem starali się wykupić polskie majątki? Przecież Jan Morawski nie jest przybyszem z kosmosu, ale synem „tej ziemi” ;). Oczywiście, tłumaczyć kwestie społeczno-gospodarcze należy czasem czytelnikowi, który nie ma obowiązku znać tych uwarunkowań, ale lepiej byłoby zrobić kilka – o zgrozo, bo przecież niektórzy czytelnicy na ten widok dostają palpitacji - przypisów niż obrażać inteligencję i wiedzę głównego bohatera.

Ostatnia rzecz, z serii „okiem polonistki”. Kwaitkowska posługuje się ładną i elegancką polszczyzną, której zazdrościć jej mogą bardziej popularni autorzy kryminałów. I nie chodzi tu wcale o to, że konwencja retro wymaga pewnej stylizacji, bo tej wbrew pozorom, prócz elementów gwarowych, nie jest wcale tak wiele. Język narratora zwyczajnie nie przeszkadza w odbiorze historii, a to w świecie literatury kryminalnej rzadka zaleta. Tak się składa, że ostatnio czytałam także powieść Katarzyny Bondy („królowej polskiego kryminału” ), pełną przykładów nieporadnego używania polszczyzny.

Kilka uwag krytycznych nie zmienia pozytywnej oceny książki Kwiatkowskiej Zdecydowanie warto ją przeczytać, jeśli szukacie kryminału na poziomie. A Znakowi należą się gratulacje za zgrabne wpisanie się w konwencję zaproponowaną przez autorkę (nie tylko wierzchem okładki – zajrzyjcie do środka!). Mam więc nadzieję, że Jan i jego wierny kamerdyner powrócą w kolejnej interesującej historii. Czekam. I pewnie nie ja jedna :).


PS. Jeśli ktoś nie pamięta tej piosenki...https://www.youtube.com/watch?v=h_D3VFfhvs4


Katarzyna Kwiatkowska
Zbrodnia w szkarłacie
Znak 2015


niedziela, 20 września 2015

Molly, spirytyzm i PR w stylu retro

Rhys Bowen to znana już pisarka pochodzenia angielskiego mieszkająca w Stanach. Posługuje się pseudonimem, co częste w przypadku autorów kryminałów starszej daty (kiedyś to było zrozumiałe, dziś zastanawiać się raczej można, czy wydawanie literatury tego typu jest jeszcze dla kogoś powodem do najmniejszego choćby zawstydzenia).

Książka Pieniądze to nie wszystko jest kolejną częścią przygód Molly Murphy, rudowłosej Irlandki, która uciekając przed więzieniem trafia do Nowego Jorku z początku XX wieku. Poprzednie części cieszyły się powodzeniem, z czego wniosek, że Molly wróci. Rhys Bowen wypracowała sobie pewien schemat i proporcje, które dobrze się sprawdzają w literaturze kryminalnej – bohaterka jest outsiderką (jako kobieta-detektyw) z barwną przeszłością i trudnościami w dostosowaniu się do społecznych oczekiwań. Jednocześnie jest ładna i trochę naiwna, co niestety nie przystoi detektywowi i co sprawia, że trudno tak do końca brać ją na poważnie. Ta ostatnia cecha jest dla mnie najbardziej irytująca, bo przejawia się głównie tym, iż bohaterka chodzi po zmaskulizowanym świecie zbrodni i kary dziwiąc się cały czas, że jako kobiecie czegoś jej nie wolno (być detektywem, chodzić bez spódnicy – aaa!, chodzić samej po nocach etc.). Nie zrozumcie mnie źle – ja także uważam, że kobieta ma prawo do tych wszystkich rzeczy, ale bohaterka podobno żyje na początku ubiegłego stulecia i nie powinna być obdarzona świadomością działaczki Feminoteki. Rozumiem, że jej się ta dyskryminacja kobiet nie podoba. Ale że nieustannie dziwi i oburza? Przeżyła w tym świecie dwadzieścia kilka lat, więc zdziwienie... dziwi. To zdecydowanie strata energii, którą lepiej byłoby przeznaczyć na rozwikłanie zagadki kryminalnej, zamiast bawić się w genderową krytykę stosunków społecznych .

Na szczęście sam zagadka jest interesująca i angażuje czytelnika emocjonalnie – rzecz w odnalezieniu porywacza i mordercy małego chłopczyka. Dziecko było synem nowojorskiego senatora, wkraczamy więc także w świat wielkiej polityki – tak samo niesympatycznej jak ta dzisiejsza. Drugim ważnym wątkiem jest próba demaskacji rodzeństwa spirytystek, które wykorzystując naiwność nieszczęśliwej matki chłopca całkiem przyjemnie żyją na jej koszt. Tu mamy do czynieniem z ciekawym opisami seansów spirytystycznych (plazma wychodząca z ucha i tym podobne atrakcje), co z pewnością zainteresuje wielu czytelników. Cały czas Molly ma też sercowe przygody, a jej relacja z przystojnym nowojorskim policjantem rozwija się... Można nawet powiedzieć, że dochodzi do czegoś na kształt miłosnego spełnienia. Rozwiązania najważniejszej zagadki nie zdradzę, ale mogę napisać, że jest na wskroś nowoczesne i związane z PR-em politycznym. Poważnie :).

Czy polecam tę książkę? Tak, jeśli nie jesteście maniakami prawdy historycznej (zwłaszcza tzw. historii społecznej) i nie przeszkadza Wam, że bohaterka pod tym względem jest nadmiernie unowocześniona. Książkę można czytać w oderwaniu od poprzednich tomów, bo w toku narracji przeszłość bohaterów zostanie przypomniana. Język jest bardzo przystępny, mało w nim elementów stylizacji – literaturoznawca uznałby to pewnie za wadę, ale tym łatwiej śledzić przygody bohaterki. Jeśli ktoś chce więc rozpocząć przygodę z retrokryminałem, perypetie Molly będą dobrym wstępem. Ta książka nie zmieni Waszego życia, ale uprzyjemni kilka wieczorów.



Rhys Bowen, „Pieniądze to nie wszystko”
Tłum. Joanna Orłoś-Supeł
Noir sur Blanc
Warszawa 2015